poniedziałek, 27 grudnia 2010



Pijana ośmiornica chce z tobą walczyć!


piątek, 24 grudnia 2010


Wesołych Świąt

życzy

Stevie Wonder



wtorek, 21 grudnia 2010




 Nie mam nic przeciwko przychodzeniu do pracy, ale te osiem godzin czekania na wyjście to już lekka przesada!

poniedziałek, 20 grudnia 2010
piątek, 17 grudnia 2010


System : CZY NA PEWNO CHCESZ USUNĄĆ TEN PLIK ?
User : TAK
System : A DLACZEGO ?



czwartek, 16 grudnia 2010
poniedziałek, 13 grudnia 2010

Jak badałem własny materiał genetyczny w publicznej służbie zdrowia

Dziewczyna chciała wiedzieć, czy w ogóle będę mógł być ojcem, a ja teraz czuję się nieswojo, może nawet trochę mi wstyd, na szczęście kolejka do recepcji nie jest długa, przede mną tylko dwie osoby, poza tym mam nadzieję, że takie badania przeprowadza się dyskretnie. Chociaż mina mi nieco rzednie, gdy recepcjonistka pyta o dokładny adres pacjentkę, która stoi przede mną.

- Bobrza dwa przez jeden, czy przez dwa? Bo mam tu niewyraźnie.

- Przez jeden.

- Telefon sześć, pięć, sześć, cztery, dwa, zero, zero, jeden?

- Tak.

- Czy jak wynik będzie pozytywny, to możemy zadzwonić z rana?

- Nie, rano będę w pracy, wolałabym po południu.

- To może zostawić wiadomość komuś z rodziny, żeby przekazał.

- Nie wolałabym nie, poza tym jutro rano w domu nikogo nie będzie.

No nieźle, myślę sobie, pełen zakres informacji dla włamywacza. Nie dość, że dokładny adres, to jeszcze cynk, że mieszkanie od rana będzie puste.

Teraz ja.

- Pan do kogo?

- Ja mam ubezpieczenie w Signal Iduna. Miałem się zgłosić na czternastą.

- Adres?

- Parkowa 12.

- Pana pesel?

Od pewnego czasu źle znoszę takie bezpośrednie pytania o swój wiek. Zwłaszcza, że za mną staje w kolejce młoda dziewczyna i miło się uśmiecha. Piszę swój pesel na kartce i podaję przez okienko.

- Ta pierwsza cyfra to 68 czy 66? Bo niewyraźnie pan napisał…

- Liczba.

- Co, liczba?

- Liczba. Nie cyfra, tylko liczba.

- Cyfra to nie jest tylko, proszę pana, taki kanał telewizyjny, a ja pytam pana o rok urodzenia.

- …ściedziesiąt osiem – syczę przez zęby.

- I pan do kogo?

- Do pani doktor Klepaczyńskiej.

- Na badanie spermy?

W kolejce za mną już trzy osoby. Doszła pani w fioletowym kapelusiku z kilkunastoletnią córeczką. Oczywiście natychmiast przestały rozmawiać i patrzą się na mnie.

- Tak.

- Chwileczkę, muszę zadzwonić do ubezpieczyciela i sprawdzić, czy panu na kartę przysługuje, czy za dopłatą – sięga po telefon i powoli wykręca numer, a ja czuję, że koszulę mam już mokrą od potu.

- Halo, halo! – krzyczy w słuchawkę, jakby wołała przez okno. – Tu mam pacjenta, nazywa się Piotr Yours i przyszedł na badanie spermy, czy to odpłatnie ma być, czy jest ubezpieczony?

Mam wrażenie, że słychać tę cholerną babę w całej przychodni. W każdym razie na pewno słychać ją po gabinet stomatologiczny, bo cała kolejka podnosi głowy jak na komendę i patrzy się na mnie z zainteresowaniem, siedem par oczu na jednym rzędzie krzeseł, zupełnie jak siedmiogłowy smok, a ja się czuję jak dziewica wystawiona mu na pożarcie.

- Ma ubezpieczenie, tak? A konkretnie?

-…

- Ach, tak. Dobrze, to zrobimy kompleksową analizę nasienia. I przy okazji na bakterie, tak? Beztlenowce?

- Nie, nie trzeba – wtrącam czerwony ze wstydu.

- Ale ma pan w pakiecie, można przy okazji na bakterie zrobić – surowym głosem upomina mnie recepcjonistka. – To robimy te beztlenowce, tak?

- Może same tlenowce wystarczą – negocjuję słabym głosem.

Stojąca za mną dziewczyna słucha tej wymiany zdań z powagą, więc próbuję to jakoś obrócić w żart.

 – Wie pani, jak słyszę o beztlenowcach to się empatycznie duszę.

Ale ona nadal jest poważna, a ja się czuję jak kretyn. W dodatku kretyn roznoszący bakterie drogą płciową.

Recepcjonistka postanawia doprowadzić mnie do samobójstwa. Bierze jakąś instrukcję obsługi i czyta: „Ze względu na to, że intensywne życie płciowe lub samogwałty (masturbacje) mogą prowadzić do okresowego obniżenia ilości dojrzałych plemników w nasieniu, zaleca się wstrzemięźliwość płciową na 3-5 dni przed badaniem. Jeśli w dniu badania jest pobierana krew w celu wykonania innych badań, nasienie należy zawsze oddać po pobraniu krwi”.

- Czy ubezpieczyciel uprzedzał pana o wstrzemięźliwości? – pyta, a w jej głosie słyszę prawdziwe zainteresowanie pacjentem.

- Tak…

W przychodni cisza. Nie ma ani jednej osoby, która by na mnie nie patrzyła. We wzroku stojącej za mną dziewczyny dostrzegam litość. Matka nastolatki udaje obojętność, jej córka obgryza paznokcie i dostaje wypieków na twarzy.

- Czy będzie pan też badać dzisiaj krew? – dopytuje recepcjonistka, łypiąc na mnie spod okularów o szkłach grubych jak denka słoików.

- Nie, nie trzeba – szepczę, przekonany, że właśnie wydałem ostatnie tchnienie.

Ale nie doceniam naszej służby zdrowia. Oprawca w białym kitlu poprawia okulary i czyta dalej:

„Wytrysk niezbędnego do badania nasienia uzyskuje się poprzez samogwałt (ręczne drażnienie zewnętrznych narządów płciowych, w wyniku którego dochodzi do wytrysku). Należy uprzednio starannie umyć prącie wodą z mydłem. Nasienie (ejakulat) do badania musi pochodzić z jednego wytrysku - (pierwszego!) po okresie 3-5 dniowej wstrzemięźliwości płciowej. Oddaje się go bezpośrednio przed badaniem do czystego, suchego i jałowego szklanego naczynia (otrzymanego z laboratorium, gdzie wykonywana jest analiza nasienia). Naczynie, przed uzyskaniem nasienia, powinno być ogrzane do temperatury ciała człowieka, tj. 36,6°C (np. w dłoniach). Ważne jest, aby do naczynia pobrać całą objętość nasienia i natychmiast dostarczyć do laboratorium. W sytuacjach wyjątkowych dopuszcza się możliwość uzyskania nasienia po odbyciu z partnerką stosunku płciowego przerywanego. Nie zaleca się pobierania nasienia z prezerwatywy ze względu na substancje chemiczne działające plemnikobójczo. W przypadku spornego ojcostwa nasienie oddawane jest w laboratorium pod kontrolą lekarza biegłego sądowego.”

Cisza jest już taka, że aż boję się oddychać. Boję się, że jak będę oddychał, to wszyscy usłyszą moje pospieszne tętno, pewnie już teraz słychać jak wali w moich skroniach i echem odbija się od ścian korytarzy.

Matka nastolatki patrzy na mnie z chęcią mordu w oczach. Nastolatka z wyrzutem, zupełnie jakbym to jej się wypierał.

- Czy wyniki będą stanowić dowód w sprawie o ustalenie ojcostwa? – pyta lodowatym głosem recepcjonistka, a ja już czuję, jak ława przysięgłych pod gabinetem stomatologa wydaje wyrok skazujący.

- Nie, proszę pani – niemal już łkam do recepcjonistki, pewien, że właśnie popełniłem błąd, bo przecież powinienem do niej mówić „wysoki sądzie”. – To nie są badania o ustalenie ojcostwa, tylko o to, czy w ogóle mogę być ojcem, lekarz mówił, że chodzi tylko o zbadanie żywotności plemników.

Słyszę jak wielkie kamienie winy z łoskotem wypadają na podłogę z rąk gotowej do ukamieniowania mnie kolejki. A więc może jakoś to przeżyję!

- To dobrze – recepcjonistka wydaje wyrok w zawieszeniu. – Bo inaczej trzeba byłoby umawiać biegłego, a tak zrobi sobie pan to intymnie w pokoju numer dwadzieścia pięć.

Intymnie, to bardzo trafne słowo. Skoro na całym piętrze nie ma ani jednej osoby, które by nie wiedziała, jak się nazywam, ile mam lat, gdzie mieszkam. Skoro na całym piętrze nie ma ani jednej osoby, która by nie wiedziała, że zaraz udam się do pokoju dwadzieścia pięć i wyposażony w jałowe naczynie oddam się aktowi masturbacji, oczywiście po uprzednim ogrzaniu jałowego naczynia w dłoniach.

Ze wzrokiem wbitym w podłogę idę do laboratorium, czując na swoich plecach wzrok kilkunastu par oczu i wiem, że gdy zamykam za sobą drzwi, oczy wyobraźni tych kilkunastu osób nadal są przy mnie, obserwują mnie, każdy mój ruch, bo przecież jakie to dziwne i niespotykane, gdy w zwykłej kolejce do lekarza trafi się nagle pacjent, który przyszedł tu po to, żeby wytrzepać sobie konia. Ciekawe, jak mu to pójdzie? Czy tak od razu będzie miał erekcję? Czy może raczej wyciągnie z kieszeni jakieś pisemko porno? Tak, on chyba rzeczywiście miał ze sobą jakąś gazetę i to chyba nie była „Rzeczpospolita”. A jak mu się nie uda? To wróci z partnerką? I będą tam, jak głosił instruktaż z recepcji, robić to, co aż wstyd powiedzieć przy dzieciach? O rety, ale jakże to tak? Tylu tu ludzi za drzwiami, jedni chorzy, drudzy już tylko do kontroli, jedni z grypą, inni do leczenia zębów, tamten pan w rogu z zaćmą, a tamta pani z rwą kulszową, każdy z jakimś cierpieniem refundowanym przez Narodowy Fundusz Zdrowia, zaś tylko jeden człowiek, tylko ja, jestem tu po to, żeby za publiczne pieniądze zrobić sobie ręką dobrze, a jak się nie uda, to wrócę tu z partnerką i tuż obok gabinetu dentystycznego będziemy odbywać stosunek przerywany.

Ale czy to tak wypada? I czy w ogóle można? To przecież wyraźnie sprzeczne z nauką kościoła katolickiego. Nie tylko masturbacja jest religijnie zabroniona, wytrysk poza partnerkę chyba jeszcze bardziej. Grzech, grzech w miejscu publicznym, w społecznym ośrodku zdrowia, a przecież nad recepcją krzyż wisi.

I jakże ja mam teraz wyjść z tego pokoju dwadzieścia pięć, jak to miejsce opuścić bez wyrzutów sumienia, wstydu i niepokoju, jak przejść między rzędami krzeseł z kroczem na wysokości udręczonych moim grzechem oczu?

Naciskam klamkę delikatnie i bardzo powoli, trwa to chyba kilkanaście sekund, bo mam nadzieję, że się wymknę niepostrzeżenie, jak będę się ruszał wolno, to nikt mnie nie dostrzeże, więc otwieram drzwi najciszej jak mogę i krok po kroku skradam się w kierunku wyjścia, gdy nagle słyszę za sobą goniący mnie z recepcji okrzyk.

- Nie zgasił pan za sobą światła!

Tego już dość. Widzę przed sobą drzwi z napisem „Kierownik przychodni”. Wpadam bez pukania i siedzącej za biurkiem kobiecie skarżę się niemal do bezdechu na tę całą publiczną torturę, kobieta kiwa głową ze zrozumieniem, po czym bierze mnie pod rękę i prowadzi do recepcji.

- Pani Irenko – zwraca się łagodnym głosem – tyle razy prosiłam panią, żeby dyskretnie pacjentów załatwiać.

- A wie pani doktor, co? – unosi się recepcjonistka. – Wie pani, co ten pan zrobił w pokoju dwadzieścia pięć? Ten pan za sobą światła nie zgasił!



środa, 08 grudnia 2010
czwartek, 02 grudnia 2010

Damska torebka nie jest po to żeby coś w niej znaleźć, 
lecz po to by w niej wszystko było.


Archiwum
Zakładki:
Nadja zdejmuje
Nadja zdejmuje cz.2